Piąty pasażer z końca pierwszej części czarnogórskiego albumu okazał się najlepszym arbuzem w moim życiu. Te 9 kilogramów słodyczy kupiliśmy na przydrożnym straganie za niecałe dwa euro.









Zatrzymaliśmy się nie w samym Zabljaku, a w Razvrsje, na campingu o tej samej nazwie. Na miejsce dojechaliśmy chwilę po 19, tuż przed zachodem. Nasz plan szybkiego rozbicia obozu przy ostatnich promieniach słońca musiał ulec zmianie - gdy tylko zaparkowaliśmy podbiegł do nas jeden z opiekunów campingu i zaproponował rakiję na powitanie. Właściwie to nie zaproponował - nie chciał słyszeć o tym, że planujemy najpierw rozbić namioty - "u mnie nie ma demokracji!" - więc zostawiliśmy wszystko i wypiliśmy brzoskwiniową rakiję. Nie przepadam za smakiem tak mocnego alkoholu, ale muszę przyznać, że owocowa rakija była wyjątkowo dobra.
Michaił, nasz gospodarz, naprawdę dobrze mówił po polsku. W te rejony przyjeżdża zimą ponoć całkiem sporo Polaków, więc jeśli wszyscy są witani w ten sam sposób, to okoliczności do rozmów, wymiany doświadczeń i nauki języka są naprawdę sprzyjające.
Pierwszy dzień w górach chcieliśmy poświęcić na małe rozpoznanie terenu. Krótka wycieczka nad Czarne Jezioro nie nasyciła nas dostatecznie, dlatego postanowiliśmy wspiąć się do góry. I jeszcze trochę. Ponieważ nie planowaliśmy długiej wycieczki, nie mieliśmy ze sobą wystarczających zapasów jedzenia. W pewnym momencie zdecydowałyśmy z Adą, że powoli wracamy, naszym partnerom natomiast dopiero zaostrzył się apetyt na góry i ostatecznie dotarli tego dnia do Jaskini Lodowej.
Michaił, nasz gospodarz, naprawdę dobrze mówił po polsku. W te rejony przyjeżdża zimą ponoć całkiem sporo Polaków, więc jeśli wszyscy są witani w ten sam sposób, to okoliczności do rozmów, wymiany doświadczeń i nauki języka są naprawdę sprzyjające.
Pierwszy dzień w górach chcieliśmy poświęcić na małe rozpoznanie terenu. Krótka wycieczka nad Czarne Jezioro nie nasyciła nas dostatecznie, dlatego postanowiliśmy wspiąć się do góry. I jeszcze trochę. Ponieważ nie planowaliśmy długiej wycieczki, nie mieliśmy ze sobą wystarczających zapasów jedzenia. W pewnym momencie zdecydowałyśmy z Adą, że powoli wracamy, naszym partnerom natomiast dopiero zaostrzył się apetyt na góry i ostatecznie dotarli tego dnia do Jaskini Lodowej.




















Gdy dwie trzecie drogi na szczyt mieliśmy już za sobą, zaczęło kropić. Potem deszcz zaczął przybierać na sile i niestety nie wyglądało na to, że szybko przestanie padać. Schowaliśmy się na chwilę pod większą skałą i po krótkiej przerwie na herbatę z bólem odpuściliśmy dalszą wspinaczkę.







W tej części kraju spędziliśmy zdecydowanie za mało czasu, i jeśli miałabym wybierać - morze czy góry - to właśnie Durmitor jest powodem, dla którego wróciłabym do Czarnogóry jeszcze raz. Góry są niesamowite, skaliste, a jednocześnie intensywnie zielone, pofalowane i strzeliste, po prostu zachwycające. Szkoda tylko, że są tak daleko!